Zobacz więcej

Reklama

Global Press Polska

23 stycznia 2026

Roland Garros 2026 Quarterfinals: Nowa era tenisa. Sensacje, debiutanci i wielkie nazwiska za burtą po ćwierćfinałach

W Paryżu doszło do wielu sensacyjnych rozstrzygnięć, a drabinki zostały całkowicie przemeblowane przez przedwczesne odpadnięcie kilku największych gwiazd światowego tenisa.


Nowy mistrz coraz bliżej!

 

Już przed ćwierćfinałami wiadomo było, że tegoroczny Roland Garros wyłoni nowego bohatera. W turnieju zabrakło Carlosa Alcaraza, Jannik Sinner odpadł wcześniej, a Novak Djokovic zakończył udział po porażce z młodym João Fonsecą. W efekcie ćwierćfinały stały się areną walki tenisistów, którzy wciąż marzą o swoim pierwszym wielkoszlemowym tytule.

 

Alexander Zverev – Rafael Jodar 7:6(3), 6:1, 6:3. Młody Hiszpan postawił się faworytowi, ale doświadczenie zwyciężyło

 

Ćwierćfinał pomiędzy Alexandrem Zverevem a Rafaelem Jodarem był jednym z najbardziej intrygujących pojedynków męskiej części turnieju. Z jednej strony stał Niemiec – jeden z najbardziej doświadczonych zawodników pozostałych w drabince, finalista Roland Garros i tenisista od lat należący do ścisłej światowej czołówki. Po drugiej stronie siatki pojawił się Rafael Jodar, zaledwie 19-letni Hiszpan, który już podczas tegorocznego turnieju zdążył zachwycić kibiców swoją odwagą i dojrzałością.

 

Dla młodego Hiszpana był to największy mecz w karierze. Mimo to od pierwszych piłek nie było widać po nim tremy. Wręcz przeciwnie – Jodar rozpoczął spotkanie niezwykle agresywnie, często atakując drugi serwis Zvereva i zmuszając faworyta do gry pod presją.

 

Pierwszy set był znacznie bardziej wyrównany, niż przewidywała większość ekspertów. Niemiec miał problemy ze znalezieniem odpowiedniego rytmu, a Jodar imponował spokojem i pewnością siebie. Hiszpan świetnie poruszał się po korcie, regularnie zmieniał kierunki uderzeń i kilkukrotnie zaskoczył rywala efektownymi skrótami.

 

Przez długi czas żaden z zawodników nie potrafił wypracować przewagi. Publiczność na korcie Philippe-Chatrier coraz głośniej reagowała na odważne zagrania młodego Hiszpana, który momentami wyglądał tak, jakby od lat występował na największych arenach świata.

 

O losach pierwszej partii zdecydował tie-break. Właśnie wtedy doświadczenie Zvereva odegrało kluczową rolę. Niemiec ograniczył liczbę błędów do minimum, znakomicie serwował i wykorzystał pierwsze oznaki nerwowości u przeciwnika. Wygrany tie-break 7:3 okazał się momentem, który całkowicie odmienił przebieg spotkania.

 

Jodar długo siedział na krzesełku podczas przerwy między setami, jakby próbował zrozumieć, jak blisko był zdobycia prowadzenia. Tymczasem Zverev wrócił na kort odmieniony.

 

Drugi set był pokazem tenisowej klasy Niemca. Jego pierwszy serwis funkcjonował niemal perfekcyjnie, a potężne uderzenia z głębi kortu zaczęły regularnie przełamywać defensywę Hiszpana. Jodar nadal walczył ambitnie, lecz nie był już w stanie utrzymywać tak wysokiej intensywności gry jak w pierwszej partii.

Zverev szybko objął prowadzenie i zaczął dominować praktycznie w każdym aspekcie meczu. Niemiec przełamał rywala dwukrotnie i wygrał seta 6:1, pokazując, dlaczego jest uznawany za jednego z głównych kandydatów do triumfu w Paryżu.

 

Wydawało się, że młody Hiszpan może całkowicie stracić wiarę w zwycięstwo, ale początek trzeciej partii pokazał jego ogromny charakter. Jodar ponownie zaczął grać odważniej, częściej atakował przy siatce i starał się skracać wymiany.

 

Przez kilka gemów spotkanie znów było wyrównane. Hiszpan miał nawet okazję na przełamanie, jednak Zverev wyszedł z opresji dzięki serwisom przekraczającym 210 kilometrów na godzinę. To właśnie w takich momentach widoczna była największa różnica między zawodnikami – doświadczenie zdobyte w dziesiątkach wielkich meczów.

 

Przy stanie 3:3 Niemiec zdobył kluczowe przełamanie. Jodar walczył jeszcze o powrót do meczu, jednak Zverev był już zbyt rozpędzony. Kolejne gemy padały łupem faworyta, który przy stanie 5:3 serwował po awans do półfinału.

 

Ostatni gem był symbolicznym podsumowaniem całego spotkania. Jodar walczył o każdą piłkę, ale Zverev zachował pełny spokój. Po mocnym serwisie i kończącym forhendzie uniósł pięść w geście triumfu, meldując się w kolejnym półfinale Roland Garros.

 

Choć wynik wskazuje na pewne zwycięstwo Niemca, sam przebieg meczu pokazał znacznie więcej niż tylko różnicę klas. Rafael Jodar udowodnił, że jest jednym z największych talentów młodego pokolenia. Przez ponad godzinę potrafił stawić czoła jednemu z najlepszych tenisistów świata i momentami narzucał własne warunki gry.

 

Dla Zvereva był to kolejny krok w stronę upragnionego wielkoszlemowego tytułu. Dla Jodara – prawdopodobnie początek wielkiej kariery. Paryska publiczność żegnała młodego Hiszpana owacją, mając świadomość, że mogła właśnie oglądać narodziny przyszłej gwiazdy światowego tenisa.

 

Jakub Mensik – João Fonseca 6:4, 6:3, 7:6(3)

 

Jeszcze kilka lat temu niewielu kibiców mogło przypuszczać, że ćwierćfinał Roland Garros będzie pojedynkiem dwóch nastolatków. Tymczasem Jakub Mensik i João Fonseca udowodnili, że nowa generacja tenisistów jest gotowa przejąć światowe korty. Ich starcie było nie tylko walką o awans do półfinału, ale również symbolicznym pojedynkiem dwóch zawodników, którzy mają wyznaczać kierunek męskiego tenisa w najbliższej dekadzie.

 

Przed meczem nieco więcej uwagi skupiało się na Brazylijczyku. Fonseca był jednym z największych bohaterów turnieju po sensacyjnym wyeliminowaniu Novaka Djokovicia i wielu ekspertów zastanawiało się, czy jego niezwykła przygoda w Paryżu potrwa jeszcze dłużej. Mensik pozostawał nieco w cieniu, choć sam prezentował przez cały turniej niezwykle równą i dojrzałą formę.

 

Od pierwszych piłek było widać, że emocje nie sparaliżowały żadnego z zawodników. Obaj grali odważnie, agresywnie i bez respektu dla stawki spotkania. Publiczność zgromadzona na korcie Suzanne-Lenglen szybko zorientowała się, że ogląda pojedynek dwóch przyszłych gwiazd światowego tenisa.

Pierwszy set był niezwykle wyrównany. Fonseca imponował dynamiką i widowiskowymi zagraniami z forhendu, natomiast Mensik odpowiadał spokojem oraz niezwykle skutecznym serwisem. Przez długi czas żaden z zawodników nie potrafił wypracować przewagi.

 

Kluczowy moment nastąpił przy stanie 5:4 dla Czecha. Fonseca serwował, aby pozostać w secie, jednak właśnie wtedy popełnił kilka nietypowych błędów. Mensik zachował pełną koncentrację, wykorzystał pierwszą piłkę setową i objął prowadzenie w meczu.

 

Druga partia rozpoczęła się od wyraźnego wzrostu pewności siebie po stronie Czecha. Mensik coraz częściej przejmował inicjatywę, a jego potężny serwis regularnie sprawiał Brazylijczykowi ogromne problemy. Fonseca nadal zachwycał ofensywnym tenisem, jednak coraz częściej musiał ryzykować, aby utrzymać kontakt z przeciwnikiem.

 

Przy stanie 3:2 Mensik zdobył pierwsze przełamanie w secie. Od tego momentu kontrolował przebieg wydarzeń. Czech imponował dojrzałością i cierpliwością, nie pozwalając rywalowi wrócić do gry. Po wygraniu seta 6:3 znalazł się zaledwie jedną partię od największego sukcesu w swojej karierze.

Wydawało się, że Fonseca może mieć problem z powrotem do meczu, jednak początek trzeciego seta pokazał, dlaczego jest uznawany za jeden z największych talentów ostatnich lat. Brazylijczyk zaczął grać jeszcze agresywniej, częściej atakował po returnie i kilkukrotnie zmusił Czecha do błędów.

 

Przez długi czas obaj zawodnicy szli gem za gem. Wymiany były coraz bardziej widowiskowe, a kibice nagradzali brawami praktycznie każdy dłuższy punkt. Szczególnie imponujące były pojedynki forhendowe, podczas których obaj młodzi tenisiści pokazywali pełnię swoich możliwości.

 

Przy stanie 5:5 Fonseca miał nawet szansę na przełamanie, które mogło doprowadzić go do wygrania seta. Mensik zachował jednak zimną krew. W najważniejszych momentach ponownie pomógł mu serwis, który przez cały mecz był jednym z jego największych atutów.

 

O losach trzeciej partii zdecydował tie-break. Tam doświadczenie zdobyte podczas całego turnieju i odporność psychiczna Czecha okazały się bezcenne. Mensik szybko objął prowadzenie, a Fonseca zaczął popełniać błędy wynikające z coraz większej presji.

 

Przy stanie 6:3 Czech wypracował sobie trzy piłki meczowe. Już pierwszą z nich wykorzystał po długiej wymianie zakończonej błędem Brazylijczyka. Po ostatniej piłce uniósł ręce w górę i z szerokim uśmiechem spojrzał w stronę swojego sztabu. Wiedział, że właśnie osiągnął największy sukces w dotychczasowej karierze.

 

Choć zwycięstwo Mensika było zasłużone, także João Fonseca opuszczał kort jako jeden z bohaterów tegorocznego Roland Garros. Pokonanie Novaka Djokovicia i awans do ćwierćfinału sprawiły, że Brazylijczyk stał się jednym z najgłośniejszych nazwisk turnieju.

 

Dla Jakuba Mensika ten wieczór był jednak wyjątkowy. Czech nie tylko awansował do pierwszego wielkoszlemowego półfinału, ale również udowodnił, że potrafi wygrywać najważniejsze mecze pod ogromną presją. Wielu ekspertów po zakończeniu spotkania zgodnie twierdziło, że tenis właśnie otrzymał kolejnego zawodnika gotowego do walki o największe tytuły.

 

Patrząc na poziom, jaki zaprezentowali obaj nastolatkowie, można było odnieść wrażenie, że kibice byli świadkami nie tylko ćwierćfinału Roland Garros, ale również zapowiedzi wielkiej rywalizacji, która przez lata może elektryzować światowy tenis.

 

Flavio Cobolli – Felix Auger-Aliassime 4:6, 6:4, 6:4, 6:4

 

Ćwierćfinał pomiędzy Flavio Cobollim a Felixem Augerem-Aliassime nie przyciągał tak wielkiej uwagi jak pozostałe pojedynki tej fazy turnieju, jednak ostatecznie okazał się jednym z najbardziej wartościowych widowisk tegorocznego Roland Garros. Naprzeciw siebie stanęli dwaj zawodnicy, którzy przez lata byli uznawani za ogromne talenty, lecz dopiero teraz zaczynali spełniać pokładane w nich nadzieje na wielkoszlemowej scenie.

 

Dla obu tenisistów stawką był pierwszy w karierze półfinał Roland Garros. Już od pierwszych gemów było widać, że presja jest ogromna.

 

Lepiej spotkanie rozpoczął Auger-Aliassime. Kanadyjczyk imponował mocnym serwisem i agresywną grą z głębi kortu. Cobolli próbował odpowiadać regularnością, jednak w pierwszym secie to Felix częściej przejmował inicjatywę. Kluczowy moment nastąpił przy stanie 4:4, gdy Kanadyjczyk wykorzystał chwilę słabości rywala i zdobył przełamanie.

 

Kilka minut później pewnie utrzymał własne podanie i zamknął pierwszą partię wynikiem 6:4. Wydawało się, że doświadczenie zdobyte w licznych meczach wielkoszlemowych może okazać się decydujące.

Cobolli nie wyglądał jednak na zawodnika, który zamierza się poddać. Włoch wrócił na kort po przerwie znacznie bardziej agresywny. Zaczął częściej atakować forhendem i coraz skuteczniej neutralizował największy atut rywala – pierwszy serwis.

 

Drugi set był niezwykle wyrównany. Obaj zawodnicy długo utrzymywali własne podania, a o losach partii ponownie zdecydowały pojedyncze punkty. Tym razem przy stanie 5:4 to Cobolli wykorzystał pierwszą okazję do przełamania. Po błędzie Kanadyjczyka z bekhendu uniósł pięść i doprowadził do remisu w meczu.

Publiczność coraz bardziej angażowała się w widowisko. Włoski tenisista z każdym gemem nabierał pewności siebie, podczas gdy Auger-Aliassime zaczynał coraz częściej spoglądać w stronę swojego boksu, szukając wsparcia.

 

Trzeci set był prawdopodobnie najlepszą częścią całego spotkania. Obaj zawodnicy prezentowali tenis na bardzo wysokim poziomie. Kanadyjczyk imponował siłą uderzeń, natomiast Cobolli zachwycał cierpliwością i inteligencją taktyczną.

 

Przełom nastąpił przy stanie 4:4. Włoch wygrał kilka długich wymian, zmuszając rywala do popełnienia błędów. Zdobył przełamanie, a następnie bez najmniejszych problemów utrzymał własny serwis. Po dwóch godzinach gry po raz pierwszy objął prowadzenie w meczu.

 

W tym momencie można było zauważyć zmianę w zachowaniu obu zawodników. Cobolli promieniował pewnością siebie, natomiast Auger-Aliassime coraz częściej tracił cierpliwość. Pojawiały się niepotrzebne ryzykowne zagrania i błędy, których wcześniej praktycznie nie popełniał.

 

Czwarty set rozpoczął się od bardzo wyrównanej walki. Kanadyjczyk wiedział, że to ostatnia szansa na odwrócenie losów spotkania. Przez kilka gemów obaj zawodnicy szli punkt za punkt, nie dając przeciwnikowi nawet jednej okazji do przełamania.

 

Kluczowy moment nadszedł przy stanie 4:4. Cobolli rozegrał wówczas prawdopodobnie najlepszego gema w całym meczu. Wygrał kilka spektakularnych wymian, a przy piłce na przełamanie popisał się perfekcyjnym forhendem po linii, po którym publiczność eksplodowała z zachwytu.

 

Kanadyjczyk był wyraźnie rozczarowany. Wiedział, że właśnie stracił kontrolę nad spotkaniem. Chwilę później Włoch serwował po największe zwycięstwo w swojej karierze.

 

Mimo ogromnej stawki Cobolli nie okazał żadnych oznak zdenerwowania. Pewnie wygrywał kolejne punkty i już przy pierwszej piłce meczowej zakończył spotkanie efektownym winnerem z forhendu. Po ostatniej piłce upadł na kolana i przez kilka sekund patrzył w niebo, nie mogąc uwierzyć w to, czego właśnie dokonał.

Dla Flavio Cobolliego był to historyczny moment. Po raz pierwszy w karierze awansował do półfinału turnieju wielkoszlemowego i potwierdził, że włoski tenis przeżywa obecnie jeden z najlepszych okresów w swojej historii.

 

Felix Auger-Aliassime opuszczał kort ze świadomością zmarnowanej szansy. Wygrał pierwszego seta i przez długi czas wyglądał na zawodnika kontrolującego wydarzenia. Ostatecznie jednak to większa cierpliwość, konsekwencja oraz odporność psychiczna Cobolliego okazały się kluczowe.

Paryska publiczność długo żegnała Włocha owacjami. Tego wieczoru Flavio Cobolli przestał być jedynie obiecującym tenisistą. Stał się pełnoprawnym bohaterem Roland Garros 2026.

 

Matteo Arnaldi – Matteo Berrettini 7:5, 5:2 krecz

 

Ćwierćfinał pomiędzy Matteo Arnaldim a Matteo Berrettinim miał być wielkim świętem włoskiego tenisa. Dwóch rodaków, dwa różne tenisowe charaktery i miejsce w półfinale Roland Garros na wyciągnięcie ręki. Niestety, spotkanie, które zapowiadało się na jeden z najbardziej emocjonujących meczów tej fazy turnieju, zakończyło się przedwcześnie z powodu problemów zdrowotnych Berrettiniego.

 

Od pierwszych piłek było jednak widać, że stawka meczu jest ogromna. Obaj zawodnicy doskonale się znali, dlatego początek spotkania przypominał bardziej partię szachów niż klasyczny tenisowy pojedynek. Każdy punkt był starannie budowany, a żadna ze stron nie chciała popełnić błędu jako pierwsza.

 

Berrettini tradycyjnie opierał swoją grę na potężnym serwisie i forhendzie, który od lat należy do najbardziej niebezpiecznych uderzeń w tourze. Arnaldi natomiast imponował ruchem po korcie i regularnością. Młodszy z Włochów cierpliwie czekał na okazję do przejęcia inicjatywy, nie wdając się w niepotrzebne ryzyko.

Przez większą część pierwszego seta obaj pewnie utrzymywali własne podania. Publiczność zgromadzona na korcie Suzanne-Lenglen oglądała bardzo wyrównany pojedynek, w którym o losach każdego gema decydowały pojedyncze piłki.

 

Przełom nastąpił dopiero przy stanie 6:5 dla Arnaldiego. Berrettini serwował, by doprowadzić do tie-breaka, ale właśnie wtedy popełnił kilka niewymuszonych błędów. Arnaldi natychmiast wykorzystał okazję. Po długiej wymianie zmusił rywala do błędu z bekhendu i wygrał pierwszą partię 7:5.

 

Choć Berrettini schodził na przerwę przegrywając, wydawało się, że wszystko pozostaje otwarte. Bardziej niepokojące były jednak sygnały płynące z jego zachowania. Kilkukrotnie rozciągał nogę między punktami, a przy zmianach stron coraz częściej rozmawiał z członkami swojego sztabu.

 

Początek drugiego seta przyniósł dalsze problemy bardziej doświadczonego z Włochów. Arnaldi grał coraz pewniej i wyraźnie wyczuwał, że przeciwnik nie porusza się już z taką swobodą jak na początku meczu. Regularnie wydłużał wymiany, zmuszając Berrettiniego do dodatkowego wysiłku.

 

Przy stanie 3:2 zdobył pierwsze przełamanie, a chwilę później kolejne. Przewaga młodszego Włocha rosła z każdym gemem. Berrettini walczył ambitnie, ale coraz częściej było widać grymas bólu na jego twarzy.

Najbardziej dramatyczne chwile nastąpiły przy stanie 5:2. Po jednym z punktów Berrettini zatrzymał się i przez chwilę pozostał nieruchomo przy linii końcowej. Kilka sekund później poprosił o wejście fizjoterapeuty. Publiczność natychmiast ucichła, zdając sobie sprawę, że sytuacja jest poważna.

 

Po krótkiej konsultacji stało się jasne, że dalsza gra może być niemożliwa. Berrettini jeszcze przez moment rozważał kontynuowanie meczu, jednak ostatecznie podjął trudną decyzję o poddaniu spotkania.

W momencie ogłoszenia kreczu na trybunach rozległy się brawa. Kibice docenili walkę i poświęcenie byłego finalisty wielkich turniejów, który do końca próbował pozostać na korcie mimo problemów zdrowotnych.

Arnaldi podszedł natychmiast do rodaka, obejmując go przy siatce. Był to obrazek doskonale oddający atmosferę całego spotkania – wielkiej sportowej rywalizacji połączonej z wzajemnym szacunkiem.

 

Dla Matteo Arnaldiego był to historyczny moment. Po raz pierwszy w karierze awansował do półfinału turnieju wielkoszlemowego i potwierdził, że należy już do ścisłej światowej czołówki. Radość ze zwycięstwa była jednak nieco stonowana, ponieważ nikt nie chciał oglądać zakończenia tak ważnego meczu w takich okolicznościach.

 

Dla Berrettiniego turniej zakończył się ogromnym rozczarowaniem. Do momentu kontuzji wciąż pozostawał w grze o odwrócenie losów spotkania, a jego doświadczenie mogło odegrać kluczową rolę w dalszej części meczu. Tym razem jednak organizm powiedział „dość”.

 

Roland Garros 2026 stracił jednego ze swoich najbardziej charyzmatycznych uczestników, a Matteo Arnaldi został kolejnym reprezentantem włoskiej szkoły tenisa, który zameldował się w półfinale wielkoszlemowej imprezy.

 

Maja Chwalińska pisze historie!

 

Jeżeli w turnieju mężczyzn mieliśmy kilka niespodzianek, to kobieca część rywalizacji wręcz eksplodowała sensacjami. Największą bohaterką paryskich kortów jest bez wątpienia Polka Maja Chwalińska. Zawodniczka, która rozpoczynała turniej w kwalifikacjach i zajmowała miejsce poza pierwszą setką rankingu WTA, awansowała do półfinału i stała się największą sensacją tegorocznego Roland Garros.

 

Marta Kostyuk – Elina Switolina 6:3, 2:6, 6:2. Ukraiński thriller zakończony zwycięstwem młodszego pokolenia

 

Jednym z najbardziej wyjątkowych ćwierćfinałów tegorocznego Roland Garros było bez wątpienia ukraińskie starcie Marty Kostyuk z Eliną Switoliną. Był to pojedynek dwóch zawodniczek doskonale się znających, reprezentujących ten sam kraj, ale znajdujących się na różnych etapach kariery. Z jednej strony doświadczona Switolina, od lat należąca do światowej czołówki. Z drugiej ambitna i coraz bardziej dojrzała tenisowo Kostyuk, która marzyła o największym sukcesie w swojej karierze.

 

Atmosfera na korcie Philippe-Chatrier była wyjątkowa jeszcze przed pierwszą piłką. Obie tenisistki doskonale zdawały sobie sprawę ze stawki spotkania. W grę wchodził nie tylko awans do półfinału Roland Garros, ale również miano aktualnie najlepszej ukraińskiej tenisistki turnieju.

 

Od początku meczu większą pewność siebie prezentowała Kostyuk. Grała agresywnie, często przejmowała inicjatywę już po returnie i skutecznie wykorzystywała swoją szybkość. Switolina próbowała odpowiadać doświadczeniem i regularnością, jednak młodsza rodaczka narzuciła bardzo wysokie tempo wymian.

 

Przełomowy moment pierwszego seta nastąpił przy stanie 3:3. Kostyuk wygrała niezwykle długi gem przy serwisie rywalki, kilkukrotnie broniąc się w trudnych sytuacjach. Zdobyte przełamanie wyraźnie dodało jej pewności siebie. Chwilę później utrzymała własne podanie i po niespełna godzinie gry zamknęła pierwszą partię wynikiem 6:3.

 

Drugi set pokazał jednak, dlaczego Switolina przez lata była jedną z najbardziej niewygodnych przeciwniczek w kobiecym tourze. Doświadczona Ukrainka całkowicie zmieniła sposób prowadzenia gry. Zaczęła częściej zmieniać rytm wymian, zmuszała Kostyuk do biegania i cierpliwie czekała na błędy przeciwniczki.

 

Taktyka przyniosła natychmiastowy efekt. Kostyuk straciła nieco dokładność przy agresywnych uderzeniach, a Switolina coraz częściej zdobywała punkty dzięki swojej niezawodnej defensywie. W pewnym momencie wydawało się nawet, że doświadczenie i opanowanie starszej zawodniczki mogą całkowicie odwrócić losy spotkania. Switolina wygrała seta 6:2 i doprowadziła do decydującej partii.

 

Trzeci set okazał się prawdziwym testem charakteru. Obie zawodniczki wiedziały, że jeden słabszy gem może przekreślić marzenia o półfinale. Przez pierwsze minuty żadna z nich nie potrafiła wypracować wyraźnej przewagi.

 

Wtedy Kostyuk pokazała tenis na najwyższym światowym poziomie. Przy stanie 2:2 wygrała serię znakomitych akcji, przełamując serwis rywalki po efektownym forhendzie w sam narożnik kortu. Publiczność nagrodziła to zagranie gromkimi brawami.

 

Od tego momentu młodsza Ukrainka dosłownie fruwała po korcie. Grała odważnie, ale jednocześnie niezwykle dojrzale. Switolina walczyła do końca, jednak coraz częściej spóźniała się do piłek, a inicjatywa niemal całkowicie należała do Kostyuk.

 

Przy stanie 5:2 Marta serwowała po największy sukces w swojej karierze. Choć emocje były ogromne, nie dała po sobie poznać zdenerwowania. Wygrała gema pewnie i po ostatnim błędzie Switoliny uniosła ręce ku niebu, celebrując awans do pierwszego w życiu półfinału turnieju wielkoszlemowego.

 

Po meczu obie zawodniczki długo pozostawały na korcie. Było widać wzajemny szacunek i świadomość, że stworzyły widowisko godne ćwierćfinału Roland Garros. Dla Switoliny porażka była bolesna, ponieważ znajdowała się bardzo blisko kolejnego wielkiego wyniku w karierze. Dla Kostyuk natomiast był to wieczór, który może okazać się punktem zwrotnym całej kariery.

 

Pokonując jedną z najbardziej utytułowanych tenisistek swojego kraju, Marta Kostyuk wysłała jasny sygnał całemu tenisowemu światu. W Paryżu nie jest już tylko utalentowaną zawodniczką. Jest pełnoprawną kandydatką do największych sukcesów.

 

Mirra Andriejewa – Sorana Cîrstea 6:0, 6:3. Demonstracja siły rosyjskiej gwiazdy.

 

Ćwierćfinał pomiędzy Mirrą Andriejewą a Soraną Cîrsteą zapowiadał się jako starcie młodości z doświadczeniem. Rumunka rozgrywała jeden z najlepszych turniejów ostatnich lat, eliminując po drodze kilka wyżej notowanych rywalek. Po drugiej stronie siatki stanęła jednak zawodniczka, która od początku Roland Garros prezentowała tenis niemal pozbawiony słabych punktów.

 

Już pierwsze minuty spotkania pokazały, że Andriejewa wyszła na kort z jasno określonym celem – nie pozwolić rywalce uwierzyć, że może nawiązać walkę. Rosjanka imponowała szybkością poruszania się po korcie, precyzją uderzeń oraz niezwykłą jak na swój wiek dojrzałością taktyczną.

 

Pierwszy set był prawdziwym tenisowym nokautem. Cîrstea próbowała atakować, szukała mocnych zagrań po liniach i starała się przejmować inicjatywę, jednak niemal każda akcja kończyła się kontrą Andriejewej. Rosjanka czytała grę rywalki z niezwykłą łatwością, zmuszając Rumunkę do coraz większego ryzyka.

Po zaledwie trzydziestu minutach na tablicy wyników widniał rezultat 6:0. Publiczność na korcie Philippe-Chatrier przecierała oczy ze zdumienia.

 

Tak jednostronnego przebiegu ćwierćfinału mało kto się spodziewał. Druga partia rozpoczęła się znacznie lepiej dla Cîrstei. Rumunka wreszcie zaczęła wygrywać dłuższe wymiany, poprawiła skuteczność pierwszego serwisu i po raz pierwszy w meczu zdołała wywrzeć presję na młodej Rosjance. Przez kilka gemów wydawało się nawet, że spotkanie może nabrać bardziej wyrównanego charakteru.

 

Kluczowy moment nastąpił przy stanie 3:3. Andriejewa wygrała niezwykle długi gem przy serwisie rywalki, kilkukrotnie broniąc się w niemal beznadziejnych sytuacjach. Po zdobytym przełamaniu Rosjanka wyraźnie nabrała pewności siebie, natomiast z twarzy Rumunki można było odczytać rosnącą frustrację.

Od tego momentu mecz ponownie toczył się pod dyktando młodszej zawodniczki. Andriejewa znakomicie zmieniała kierunki uderzeń, regularnie zmuszała Cîrsteę do biegania od narożnika do narożnika i praktycznie nie popełniała niewymuszonych błędów. Jej tenis wyglądał niezwykle dojrzale i przypominał grę zawodniczki mającej za sobą wiele lat doświadczenia na najwyższym poziomie.

 

Przy stanie 5:3 Rosjanka serwowała po zwycięstwo. Nie było widać u niej najmniejszych oznak nerwowości. Wygrała gema do zera, kończąc spotkanie efektownym forhendem po linii. Po ostatniej piłce uniosła rękę w geście triumfu, ale jej reakcja była znacznie spokojniejsza niż u większości zawodniczek po awansie do półfinału Wielkiego Szlema. Tak jakby sama oczekiwała od siebie takich wyników.

 

Statystyki tylko potwierdzały dominację Andriejewej. Rosjanka wygrała zdecydowaną większość długich wymian, zanotowała znacznie mniej niewymuszonych błędów i niemal przez cały mecz kontrolowała tempo gry. Cîrstea walczyła ambitnie, jednak tego dnia trafiła na przeciwniczkę grającą tenis niemal perfekcyjny.

Po zakończeniu spotkania wielu ekspertów zgodnie twierdziło, że był to najbardziej przekonujący występ całego turnieju. Mirra Andriejewa nie tylko awansowała do półfinału Roland Garros, ale również wysłała wyraźny sygnał wszystkim pozostałym rywalkom. Jeżeli utrzyma taką formę, droga do końcowego triumfu w Paryżu może stanąć przed nią otworem.

 

Dla Sorany Cîrstei sam ćwierćfinał pozostaje ogromnym sukcesem, jednak tego dnia różnica poziomów była widoczna niemal w każdym aspekcie gry. Roland Garros 2026 może okazać się turniejem, który na dobre potwierdzi narodziny nowej gwiazdy kobiecego tenisa.

 

Diana Shnaider – Aryna Sabalenka 7:5, 4:6, 6:3. Koniec panowania liderki rankingu

 

Ćwierćfinał pomiędzy Dianą Shnaider a Aryną Sabalenką miał być dla liderki światowego rankingu kolejnym krokiem w stronę wymarzonego triumfu na paryskiej mączce. Białorusinka przystępowała do spotkania jako zdecydowana faworytka i jedna z głównych kandydatek do zdobycia tytułu. Tymczasem to właśnie ten mecz okazał się jedną z największych sensacji całego Roland Garros 2026.

 

Od pierwszych piłek było widać, że Shnaider nie zamierza wyjść na kort jedynie po naukę. Rosjanka grała niezwykle odważnie, często przejmowała inicjatywę już po serwisie i nie pozwalała Sabalence narzucić charakterystycznego dla niej siłowego tenisa.

 

Pierwszy set był prawdziwą wojną nerwów. Obie zawodniczki regularnie wygrywały własne podania, a wymiany stały na bardzo wysokim poziomie. Kluczowy moment nastąpił przy stanie 5:5. Sabalenka popełniła kilka niewymuszonych błędów z forhendu, co natychmiast wykorzystała młodsza rywalka. Shnaider zdobyła przełamanie, a chwilę później zamknęła partię wynikiem 7:5, wprawiając w osłupienie publiczność na korcie centralnym.

 

Liderka rankingu odpowiedziała dokładnie tak, jak przystało na mistrzynię. W drugim secie zaczęła serwować znacznie skuteczniej, poprawiła procent pierwszego podania i częściej kończyła akcje przy siatce. Shnaider nadal walczyła jak równa z równą, jednak tym razem doświadczenie Sabalenki wzięło górę. Po jednym przełamaniu Białorusinka wygrała seta 6:4 i doprowadziła do decydującej partii.

 

Wydawało się, że mecz zaczął układać się po myśli faworytki. Tym większe było zaskoczenie, gdy w trzecim secie to Shnaider ponownie przejęła inicjatywę. Rosjanka imponowała spokojem i dojrzałością taktyczną. Nie wdawała się w bezpośrednie pojedynki siłowe, lecz cierpliwie rozrzucała rywalkę po korcie, zmuszając ją do coraz większego wysiłku.

 

Przy stanie 3:3 nastąpił moment, który wielu ekspertów uznało za punkt zwrotny spotkania. Shnaider wygrała niezwykle długi gem przy serwisie Sabalenki, broniąc kilka mocnych ataków liderki rankingu i finalnie zdobywając przełamanie po ponad dziesięciominutowej walce. Publiczność nagrodziła obie zawodniczki owacją, ale to Rosjanka wyglądała na tę, która ma więcej energii na końcówkę meczu.

Sabalenka próbowała jeszcze odrobić straty, jednak presja zaczęła dawać o sobie znać. W decydujących momentach pojawiały się błędy, których wcześniej w turnieju praktycznie nie popełniała. Shnaider natomiast grała coraz pewniej. Przy własnym serwisie wypracowała sobie trzy piłki meczowe i już pierwszą z nich wykorzystała po kolejnym błędzie forhendowym rywalki.

 

Gdy ostatnia piłka wylądowała poza kortem, Rosjanka padła na mączkę, nie mogąc uwierzyć w to, czego właśnie dokonała. Pokonała liderkę światowego rankingu, awansowała do największego półfinału w swojej karierze i jednocześnie wyrzuciła z turnieju zawodniczkę, którą wielu ekspertów widziało już w finale.

Dla Sabalenki porażka była ogromnym rozczarowaniem. Białorusinka przyjechała do Paryża jako jedna z najgroźniejszych tenisistek sezonu i wydawało się, że jest gotowa walczyć o tytuł. Tymczasem Roland Garros po raz kolejny przypomniał, że na kortach ziemnych nawet największe nazwiska nie mogą pozwolić sobie na chwilę słabości.

 

Diana Shnaider natomiast udowodniła, że należy już do ścisłej światowej czołówki. Jej zwycięstwo nad numerem jeden rankingu było symbolem tegorocznego turnieju – imprezy, w której młode pokolenie coraz śmielej przejmuje władzę od największych gwiazd kobiecego tenisa.

 

Maja Chwalińska – Anna Kalinskaya 6:4, 3:6, 7:5. Polski sen trwa

 

Jeszcze dwa tygodnie temu niewielu kibiców tenisa w Polsce przypuszczało, że Maja Chwalińska będzie jedną z głównych bohaterek Roland Garros 2026. Polka przyjechała do Paryża bez większych oczekiwań, rozpoczynając rywalizację już od kwalifikacji. Tymczasem po ćwierćfinale przeciwko Annie Kalinskiej jej nazwisko znalazło się na ustach całego tenisowego świata.

 

Mecz od początku zapowiadał się niezwykle wymagająco. Kalinskaya była zawodniczką wyżej notowaną, bardziej doświadczoną na wielkoszlemowych arenach i wskazywaną przez ekspertów jako wyraźna faworytka. Chwalińska nie zamierzała jednak oddawać inicjatywy.

 

Pierwszy set był prawdziwym pokazem dojrzałego tenisa w wykonaniu Polki. Zamiast wdawać się w siłowe wymiany z Rosjanką, konsekwentnie zmieniała tempo gry, korzystała ze skrótów i posyłała wiele piłek pod końcową linię. Kalinskaya miała problemy z odnalezieniem rytmu, a Chwalińska przełamała rywalkę w kluczowym momencie, obejmując prowadzenie w meczu.

 

Druga partia wyglądała już zupełnie inaczej. Rosjanka podniosła poziom serwisu i zaczęła agresywniej atakować drugi serwis Polki. W kilku gemach Chwalińska została zepchnięta głęboko za linię końcową, a Kalinskaya wykorzystała swoje doświadczenie, wyrównując stan spotkania. Wydawało się, że momentum znajduje się po stronie rosyjskiej tenisistki.

 

Decydujący set był jednym z najbardziej emocjonujących pojedynków całego turnieju. Obie zawodniczki miały swoje szanse na przełamanie, a napięcie rosło z każdym kolejnym gemem. Przy stanie 5:5 Chwalińska znalazła się pod ogromną presją, ale zdołała obronić dwa break pointy dzięki odważnym zagraniom z forhendu.

 

Kluczowy moment nastąpił chwilę później. Polka przełamała Kalinską po długim, wyczerpującym gemie, podczas którego kibice na korcie Philippe-Chatrier kilkukrotnie nagradzali obie zawodniczki owacjami. Gdy po ostatnim błędzie Rosjanki piłka zatrzymała się w siatce, Chwalińska uniosła ręce do góry i przez kilka sekund nie mogła uwierzyć w to, czego właśnie dokonała.

 

Po ponad dwóch godzinach walki Polka awansowała do półfinału Roland Garros, osiągając największy sukces w swojej karierze. Dla wielu obserwatorów nie był to już tylko pojedynczy wyskok formy, ale potwierdzenie ogromnego potencjału zawodniczki, która przez lata zmagała się z kontuzjami i problemami zdrowotnymi.

Szczególne wrażenie robił sposób, w jaki Chwalińska wygrała ten mecz. Nie dominowała siłą fizyczną ani potężnym serwisem. Jej atutami były inteligencja taktyczna, cierpliwość oraz umiejętność podejmowania właściwych decyzji pod presją. To właśnie te cechy pozwoliły jej pokonać wyżej notowaną rywalkę i dopisać kolejny rozdział do jednej z najpiękniejszych historii tegorocznego Roland Garros.

 

Kiedy opuszczała kort centralny, publiczność nagrodziła ją długą owacją na stojąco. Paryż pokochał nową bohaterkę turnieju, a polscy kibice mogli zacząć marzyć o czymś, co jeszcze kilka dni wcześniej wydawało się całkowicie nierealne.

 

SENSACJE TURNIEJU

 

Tegoroczny Roland Garros już teraz można nazwać turniejem niespodzianek.

Największe z nich to:

 

  • awans kwalifikantki Mai Chwalińskiej do półfinału,
  • wyeliminowanie Novaka Djokovicia przez João Fonsecę,
  • szybkie odpadnięcie Jannika Sinnera,
  • brak Carlosa Alcaraza z powodu problemów zdrowotnych,
  • aż dwóch Włochów w męskich półfinałach,
  • pierwszy wielkoszlemowy półfinał Jakuba Mensika,
  • pierwszy wielkoszlemowy półfinał Marty Kostyuk.


Przed półfinałami

 

Po ćwierćfinałach jedno jest pewne – Roland Garros 2026 otwiera nowy rozdział światowego tenisa. W męskiej drabince pozostało czterech zawodników bez wielkoszlemowego tytułu, co gwarantuje narodziny nowego mistrza. Wśród kobiet młode gwiazdy i niespodziewane bohaterki przejmują scenę od bardziej utytułowanych rywalek.

 

Paryż czeka na dalszy ciąg tej niezwykłej historii. A po tym, co wydarzyło się dotychczas, można być pewnym tylko jednego – kolejne sensacje są jak najbardziej możliwe.

 

 

 

 

 

 

 

Tegoroczny Roland Garros przejdzie do historii jako jeden z najbardziej nieprzewidywalnych turniejów ostatnich lat. Po zakończeniu ćwierćfinałów zarówno w rywalizacji mężczyzn, jak i kobiet znamy już grono półfinalistów, ale trudno wskazać jednoznacznego faworyta do końcowego triumfu.

Fotograf - Kacper Wiśniewski